Rózne mogą być definicje "komuny". Od historycznych, poprzez ideologiczne i obyczajowe. Mówi się czasem, że "przetrwała w nas peerelowska mentalność" albo że komuna panuje wciąż  w polskich urzędach. Ale co to właściwie takiego jest?

Dla mnie komuna to zasadniczy upadek społecznych standardów. I to właśnie ten jad paraliżuje nas do tej pory. A może nawet teraz, po latach paraliżuje jeszcze bardziej niż bezpośrednio po odzyskaniu niepodległości? Nie ideologia (dajmy sobie spokój, juz od lat w PRlu nikt nie przejmował się serio jakąs ideologią), nawet nie te mafijno - koteryjne powiązania, które przezyły do naszych dni. Mimo wszystko - one tez wczesniej czy później staną się historią. Najważniejsze są standardy. One trwają i sa wszechobecne.

Lata całe spędziłam z ludźmi głeboko zanurzonymi w poprzedni system, siedząc biurko w biurko. Wiem czym żyli i o czym rozmawiali. Otóż niemal wyłącznie o rzeczach. O kupowaniu, używaniu, posiadaniu. Kto ma więcej, kto co ma, kto bedzie miał, jak mozna wejść w posiadanie tego lub tamtego. Jakie wrażenie daje użycie takiej lub innej przyjemności. Wczasy. Bilety. Samochody. Domy. Kiecki. Przyjęcia. Buty. I znów wakacje, restauracje, menu, ciuchy, meble... Swoje - rodziny - znajomych. Z bardziej ludzkich spraw - czasem zdrowie.. To dla posiadania, wygody i używania ludzie sprzedawali siebie, a czasem i bliźnich. Czasem czynili to też ze strachu, który bywał powszechną i akceptowana przypadłością. Odwaga przestała być cnota cenioną. W zasadzie to chyba w ogóle przestała byc cnotą,  a stała sie kłopotliwym dla otoczenia, objawem zachowań psychotycznych i nieodpowiedzialnych.

Tak więc awansowali najbardziej posłuszni, a ci którzy nie umieli trzymać języka za zębami i mieli własne zdanie - płacili za nie kłopotami. Normą było dwójmyślenie. Mówiło sie jedno a myślało drugie. Było oczywistością, że człowiek w sytuacjach publicznych z zasady nie mówi prawdy. Niekiedy  sprzedawano się w celu bardziej szlachetnym,  by zachować jakąś ważną wartość - na przykład "dla dobra Koscióła albo Instytutu, albo studentów".  Było bowiem jasne, że cnoty publiczne fundamentalnie szkodza w życiu: odwaga cywilna, prawda, prostolinijność, lojalność, uczciwość. Świat więc dzielił się na tych, którzy je wciąż bardziej lub mniej potajemnie wyznawali i na tych, którzy uwewnętrzniili już wiarę w to, ze sa szkodliwe i głupie. Byli tez tacy, którym świat tryumfującego chamstwa i kłamstwa kompletnie, nie do wytrzymania się wtedy przejadł.

Wielu rzeczy bym się spodziewała potem w wolnej Polsce, ale nie tego, że dziś znów ktoś bedzie komuś doradzał, by lepiej ukrywał swoje poglądy "dla dobra instytucji", a chamstwo i kłamstwo zamiast słabnąć poprawi się w krześle.  Dziś znów tak często przy awansie obowiązuje negatywna selekcja. Posłuszeństwo, a nie kwalifikacje, trzymanie "linii" (nieco luźniejszej bo obowiązującej w danym miejscu a nie w całym państwie) i  gęby na kłodkę zamiast otwartej i twórczej wymiany zdań. Podobno mamy wolny kraj i mozna też inaczej. Więc spróbujcie. Tak w praktyce. W samorządzie, w organizacji pozarządowej, w waszej pracy: w korporacji, szkole, redakcji. Taaaak. Wszystko jest oczywiście możlwe. Ale ile ODWAGI wymaga. 

W gruncie rzeczy zaakceptowaliśmy zasadę "ciuius regiuo eius religio" przykrojoną do naszych czasów. Nikomu nie wydaje się dziwne, że można wylecieć z Urzedu Marszałkowskiego albo z biur związanych z władzami miasta - za poglądy. Mało kto krzywi się z niesmakiem na potoki lizusostwa wylewające się z kręgów partii politycznych w kierunku swoich liderów. Nawet w przemówieniu poseł, tak po prostu nie pochwali linii partiii. On na wszelki wypadek chętnie dołączy pean pod adresem przywódcy. Normalne. Taka "neosatrapia". Kogóz to jeszcze dziś zgorszy? Przecież to normalne.

Przeczytałam właśnie pouczające wyznania Rafała Matyi na temat jego doświadczeń ze środowiskiem pampersów i znów pomyślałam o standardach: idee ideami, ale gdzie były podstawowe standardy? Czy po to by rozumieć, że robienie prywatnej kasy pod szyldem publicznego dobra nie jest OK, trzeba przeczytać Habermasa łączonego z Brzozowskim i przetrawić Dmowskiego oraz Stańczyków uzupełnianych przez Fukuyamę? Czy wszyscy ci myśliciele i wielogodzinne debaty są potrzebni, by rozumieć, że wstrętne jest nadużywanie religii dla samousprawiedliwiania prywaty i dwójmyślenia? A może wystarczyłoby trochę moralnego ROZEZNANIA i  standardów obecnych w społecznej świadomości od paruset lat? Banalnych - przyznaję. Uproszczonych.  Ale JASNY GWINT - NIE DO ZASTĄPIENIA.

Myślę, że odkopanie tych standardów życia publicznego jest dziś ważniejsze niz wszystko inne. Jest wazniejsze od dyskusji o przeszłości, o tym czy Wałęsa był Bolkiem  czy nie i nawet od dyskusji o tym czy PiS jest lepsze od Platformy.  Bo żaden z dzisiejszych polityków nie będzie  żył wiecznie. Wymrą tez dzisiejsi mafiozi, szemrani biznesmeni, agenci i ubecy. Ale świat połamanych, zlekceważonych standardów już produkuje następnych tchórzy, lizusów i sprzedawczyków. 

PS. Do tych którzy nie zrozumieli poprzedniego tekstu: nie jestem zwolenniczką legalizacji eutanazji. Podobnie jak nie jestem zwolenniczką legalizacji tortur.